Leszek Kabłak - podróżnik, dziennikarz, krakowianin


Idź do treści

z Krainy Centusiów

"Nie dla wszystkich los był jednakowo łaskawy, nie wszyscy mieli szczęście urodzić się w Krakowie. Ale każdy, niezależnie od miejsca pochodzenia i zamieszkania, może to miasto - z własnej i nieprzymuszonej woli - podziwiać, cenić, darzyć nieskończoną miłością. Ta książka napisana została po to, aby łatwiej było tę bezcenną prawdę zrozumieć."


Leszek Mazan & Mieczysław Czuma


Dzięki życzliwości Autorów i Wydawcy książki, w tym miejscu mojego e-świata regularnie pojawiać się będą FRAGMENTY tej niezwykłej opowieści. CAŁOŚĆ, jak i inne niesamowite historie rodem z Krainy Centusiów (jak na nas wołają bo zazdroszczą i nie rozumieją) znajdziesz Drogi Czytelniku w Oficynie Wydawniczej ANABASIS.

/.../ Nie da się z bezwzględną pewnością wyrokować, że rozwojem gatunków rzeczywiście rządzi ewolucja. Jeżeli jednak tak jest, jeśli ewolucja istnieje, nie można mieć cienia wątpliwości, że swoje najwyższe stadium proces ten osiągnął w zakolu Wisły pod Wawelem...

Obiecał, że wykąpie

Dyrektor Krajowego Związku Producentów Ropy Karol Klobassa-Zręcki jr w styczniu 1908 r. w krakowskim hotelu kąpał we francuskim szampanie dwie urocze damy. Niestety, chwilowy brak gotówki (odpowiednie wypełnienie wanny wymagało 70 butelek) nie pozwolił p. Karolowi na dokładne umycie paniom pleców; chcąc zatrzeć złe wrażenie (padło słowo centuś) obiecał, iż w lipcu wwiezie obie damy do Wiednia na saniach.
Rozpędzone sanie nie mogły jednak w w/w miesiącach dotrzeć do końca wiedeńskiej Mariahilfestrasse: płozy sań tarły o bruk, gdyż miejscowa ludność garściami zbierała do celów domowych rozsypany po jezdni cukier, a fatalny zbieg okoliczności spowodował, iż Klobassa-Zręcki jr znowu nie miał przy sobie odpowiednio dużej gotówki. Nim jednak z ust pań padło złowieszcze słowo centuś, zawstydzony pechowiec, chcąc zatrzeć złe wrażenie, obiecał, iż w styczniu w Krakowie dokładnie wykąpie je w szampanie.



Niepotrzebnie zdejmował

Generał Tadeusz Kościuszko w czasie pobytu w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej podpatrzył, iż dowódcy amerykańscy po zwycięskich bitwach ubierają mundur oddziału, który najbardziej się odznaczył.
24 marca 1794 r. pod Racławicami, pełen uznania dla krakowskich kosynierów, którzy brawurowym szturmem zdobyli bolszewickie armaty, Kościuszko uchylił przed gromadą włościan czapkę-krakuskę.
Towarzyszące mu osobistości szeptały, że Naczelnik - na wzór jakobiński - za bardzo chłopów rozpieszcza.
- Ależ, przecie to zwyczaj amerykański! - zdziwił siętymi zarzutami Naczelnik w Sukmanie.
- Aaaa, jeśli to amerykański, to wszystko...OK - uspokoiły się towarzyszące mu osobistości. Część z nich jednak z ulgą przyjęła fakt, iż już wkrótce Kościuszko nie miał żadnych okazji do publicznego uchylania czapki.



Na cześć Krakowa

W 1454 r. w rodzinie pp. Vespuccich we Florencji urodził się dziarski chłopiec, któremu rodzice i układ gwiazd wróżyli dużą przyszłość.
- Nazwiemy go imieniem Amerigo - postanowił ojciec, a widząc zdziwione spojrzenie matki, dodał: - Był w Krakowie taki jeden, na dworze Bolesława Chrobrego. Wołali na niego po ichniemu Emeryk. Został potem świętym.
- A, jeśli to ktoś z Krakowa, to wszystko w porządku - uspokoiła się matka.
Sławny Amerigo Vespucci, od 1508 r. naczelny pilot floty hiszpańskiej, pragnął nazwać odkryte przez siebie lądy Nowym Światem (Mundus Novus). Później jednak, chcąc okazać wdzięczność miastu, które wychowało mu świętego patrona, łaskawie zezwolił na używanie nazwy Ameryka.


Flaszka za flaszkę

W czasie ostatniej renowacji kościoła Mariackiego w belce podtrzymującej umieszczony pod łukiem sklepienia późnogotycki krucyfiks znaleziono butelkę po wódce, a w niej kartkę papieru z nazwiskami robotników zatrudnionych tu przed górą stu laty przy malowaniu polichromii. O Janie Matejce, Stanisławie Wyspiańskim, Józefie Mehofferze pisać się będzie w książkach i gazetach, niech więc i po nas pozostanie tu jakiś ślad - napisała czyjaś ręka.
Kiedy pustą butelkę przekazywano archiprezbiterowi bazyliki ks. dr Bronisławowi Fidelusowi, ten pojął w lot zawartą w tym geście intencję. Szczęśliwym znalazcom przekazał pełną flaszkę okowity, osobiście dopilnowując następnie zatarcia wszelkich śladów tej konsumpcji.



Musiał wyjść do toalety

Pewnego razu w krakowskim SPATiF-ie jakiś przybysz z Warszawy opowiadał w licznym gronie niewybredne dowcipy o Krakowie, w czym mu nie przeszkadzano, szanując prawo gościa.
- W knajpie w Jastrzębiej Górze popija czterech wczasowiczów. Kiedy zbliża się kelner z rachunkiem, jeden z nich mówi: - Ja płacę! - Nic podobnego - mówi drugi. - Podzielimy rachunek na równo. - Panowie! - proponuje trzeci - niech każdy zapłaci za to, co zjadł i wypił...Ten pierwszy pochodził z Warszawy, drugi ze Śląska, trzeci, oczywiście, z Poznania. A czwarty? Czwarty był z Krakowa i nic nie powiedział, bo na widok kelnera natychmiast dał dyla...
- To nieprawda! - zerwał się z miejsca, zapominając o prawach gościa, Jerzy Bińczycki. - Ja tylko musiałem pilnie wyjść do toalety!
Ponieważ w SPATiF-ie ściany miały uszy, już za dwa tygodnie z błogosławieństwem magistratu Jerzy Bińczycki objął stanowisko dyrektora Starego Teatru.



Paskudne skąpstwo


Na ulicach Krakowa 31 grudnia 1941 r. rozlepiono skierowane do ludności polskiej obwieszczenia podpisane przez najwyższych dygnitarzy Generalgouvernement. Nakazywano w nich - w związku z działaniami na froncie wschodnim - obowiązkowe oddawanie na potrzeby Wehrmachtu kożuchów, futer, nart i butów narciarskich. Doceniając powagę chwili, polecenie władz okupacyjnych czytano z najwyższą powagą i pełnym zrozumieniem. Odzew na wezwanie niemiłosiernie jednak obnażył cechy charakteru tutejszych mieszkańców: Niemcom przekazano łącznie 11 par nart i 1 parę butów.
Na pełne oburzenia telefony z Berlina gubernator Hans Frank odpowiedział, że krakowianie to skończone centusie.



Nie miała sił dać osobiście

Podczas premiery kabaretu "Zielony Balonik", 7 października 1905 r., w Cukierni Lwowskiej Jana Michalika przy ul. Floriańskiej małżonka dyrektora Teatru Miejskiego, aktorka Irena Solska, jako pierwsza galicyjska niewiasta publicznie zapaliła papierosa.
Na wieść o tym bezprzykładnym bezeceństwie hrabina Potocka spod Baranów pobiegła na Rynek do kancelarii parafii Najświętszej Marii Panny, by osobiście dać na mszę św. za nawrócenie jawnogrzesznicy.
W następnych latach Kraków był jednak coraz częściej miejscem publicznego zgorszenia różnego stopnia. Gdy więc w 1911 r. doniesiono "Pod Barany" o pojawieniu się na Linii A-B niewiast w spodniach - pobożna hrabina nie miała już sił, by osobiście biec do kancelarii parafii NMP, jeno posłała tam z pieniędzmi służącą.


Apetyt na kiełbasę

Na początku lat 60-tych goszczący w Krakowie premier Józef Cyrankiewicz i przewodniczący Wojewódzkiej Rady Narodowej w Krakowie Józef Nagórzański wybrali się po przyjęciu w WRN do podkrakowskich Liszek - słynących ze wspaniałej, wiejskiej kiełbasy, dostępnej tam wtedy wszędzie, z wyjątkiem sklepów. Gdy mercedes wiozący premiera i przewodniczącego WRN zatrzymał się na rynku w Liszkach, Nagórzański wysiadł i złapał pierwszego napotkanego milicjanta za guzik.
- Słuchajcie no, sierżancie, gdzie tu można dostać dobrą, swojską kiełbasę?
- A co wy mi tu gadacie, obywatelu, nielegalny ubój??? - ryknął milicjant. - U nas???! Zjeżdżać mi stąd natychmiast, bo wam!...
- Ale - powiedział Nagórzański, wskazując na śpiące nadzienie mercedesa - ale to dla premiera...
Sierżant popatrzył, rozpoznał i zachwiał się na nogach.
- O...o Jezu!...Jeśli dla premiera...to u mojej siostry!
Premier opuścił Liszki w pełni usatysfakcjonowany, zaś kiełbasa otrzymała wkrótce na wniosek rządu Srebrny Krzyż Zasługi.


Skarcony felietonista

Dnia 14 stycznia 1928 r. na boisku Cracovii zakopano na 24 godziny indyjskiego fakira Ben-Kuro. Już jednak po kilku godzinach łomot spod ziemi świadczył, iż głupio wyszło, bo fakir pilnie chce swój pobyt skrócić. Całą sprawę dokładnie opisał IKC.
Z niemałym więc zdziwieniem społeczeństwo przeczytało niedługo potem w "Ilustrowanym Kurierze Codziennym" deklarację sławnego felietonisty Zygmunta Nowakowskiego: "Kiedy umrę, pochowajcie mnie na polu karnym Cracovii. Jeszcze po śmierci będę jej bronił".
Naczelny redaktor i właściciel IKC Marian Dąbrowski ostro skarcił Nowakowskiego. Czytelnik mógł bowiem odnieść wrażenie, że sławny felietonista nie czyta własnej gazety.


Mało klaskali

Według wielokrotnie powtarzanej opinii Stefanii Grodzieńskiej najsympatyczniejszym budynkiem w Krakowie jest Dworzec Główny, skąd odjeżdżają pociągi do Warszawy.
Śledztwo wszczęte przez magistrat wykazało, iż pragenezy tej opinii należy szukać na spotkaniu w krakowskim Domu Literatów, gdzie stołeczną satyryczkę o kontrowersyjnych nieraz poglądach nie dość mocno oklaskiwano.
Władze miasta wydały natychmiast podległym sobie placówkom surowe polecenie zapewnienia wszystkim kształtującym opinię a kochającym poklask prelegentom z Warszawy odpowiednio serdecznego ("nie musi być szczere, byle głośne") przyjęcia.



Źle zrozumiał

Kiedy 13 października 1847 r. kolej żelazna dotarła pod Wawel, przewodniczący Senatu Wolnego Miasta Krakowa ks. kanonik Jan Chrzciciel Schindler oświadczył, iż nowy wynalazek "ma w przyszłości łączyć Kraków z tym wszystkim, co się kształci, rozwija i co naprzód postępować pragnie...Oby ta kolej żelazna zamieniła się w łańcuch złoty,który by dwa miasta rywalizujące niegdyś ze sobą na drodze handlu i przemysłu ściślej, jak nigdy, między wspólnym dobrem połączył..."
Nie przyzwyczajony z tej strony do podobnych deklaracji burmistrz Warszawy niezwłocznie wysłał do Schindlera list dziękczynny, okazało się jednak, że w Krakowie mieli na myśli nie Warszawę. lecz Wiedeń.
Emocje, którym uległ na tę wiadomość małostkowy burmistrz, w konsekwencjji spowodowały, że bezpośrednie połączenie kolejowe Kraków-Warszawa via Tunel wybudowano dopiero w 1934 r.



Leciał z piórami na głowie

Jesienią 1825 r. cała Warszawa oszalała na punkcie skorochoda, szybkobieguna, bieguna (laufra), czyli niejakiego Jana Gieryngiera, Niemca dającego publiczne popisy przemieszczania się na półtoramilowej trasie z Potoku do Bielan w czasie zaledwie 36 minut, a w niektóre dni nawet szybciej.
Wszyscy zapomnieli o polskiej tradycji skorochodów, o laufrze króla Stasia, który trasę zamek-Jabłonna i z powrotem pokonywał w trzy godziny i to biegnąc po kaduczych piaskach. Zapomniano o lokaju Małachowskich, który, 65 lat mając, potrafił przegonić konia...
Dla Warszawy ważny był tylko Gieryngier. Ów bezkrytyczny i niezdrowy (damy mdlały wzdłuż, a czasem i w poprzek tras) zachwyt zgasił dopiero 23 września 1825 r. mieszkający przy Krakowskim Przedmieściu człowiek, ukrywający się pod zdradzającym pochodzenie pseudonimem "Krakowiak". Zacny ów mąż wyzwał skorochoda na zawody, stawiając jeden oczywisty warunek: przed biegiem obaj zjedzą w Bielanach posiłek płatny przez Niemca, a złożony po krakowsku z: "barszczu z juchy z kluskami, kwaśnej kapusty ze zrazami, kielicha todresu, flaszki piwa, butelki szampana oraz jajka twardego bez soli". Chytry, skąpy Gieryngier optował za "bulionem, sztuką mięsa, kapłonem i winem reńskim".
Tak skromne menu "Krakowiak" ze słusznym oburzeniem odrzucił. Stanął do startu podwawelskim obyczajem w "kierezyi ciężkiej i butach z podkówkami". Sprawozdawca "Kuriera Warszawskiego" w bezsilnej zazdrości musiał relacjonować:
Ledwie po jakiej minucie
Widzę z piórami na głowie
Leci wystrojony sucie
A za nim lecą panowie

Pierwsze na ziemiach polskich zawody lekkoatletyczne uświadomiły Warszawie, czym może być i czym jest Kraków. Nie chcąc więc narażać się na dalsze porażki, zaczęto organizować zawody w skorochodzie pań, na co żadna z mieszkających w Warszawie krakowianek, z oczywistych powodów przyzwoitości, bez względu na to, kto płacił za obiad, przystać nie mogła.


Smutek dziecka

Na przekór krążącym opiniom dzisiejszy ponury geniusz z ul. św. Jana, Andrzej Mleczko, był dzieckiem i miał dzieciństwo. Swą sprawność intelektualną gimnastykował codziennie słuchając Polskiego Radia.
Pewnego dnia bystry chłopczyk usłyszał, że pan w radiu namawia do nadsyłania swoich rysunków. Jędruś przezwyciężył wrodzony wstyd i wysłał.
- Bardzo ładne są te twoje rysunki, Jędrusiu - usłyszał za dwa tygodnie. - Bardzo. Tylko powiedz mi, dziecko, dlaczego są one tak straszliwie smutne? Zrób, żeby byo inaczej.
Zainspirowany tymi słowami, Andrzej Mleczko przestał słuchać radia.


Osobliwy pochówek


Na początku lat sześćdziesiątych najtęższe profesorskie konsylia i sztaby utytułowanych inżynierów łamały sobie głowy nad usunięciem z remontowanych podziemi krakowskiego ratusza olbrzymiego kamienia. Był to fragment muru, który przebijając w latach rozbiórki budynku (lata 1817-1820) kolejne stropy, spadł tu z wysokości pierwszego piętra.
Wykluczyć musiano użycie młotów pneumatycznych, ponieważ drgania mogłyby okazać się zabójcze dla i tak odchylonej od pionu aż o 60 cm samotnej ratuszowej wieży. Zastosowanie środków chemicznych do rozmiękczenia kamiennej struktury oddalało w nieskończoność zakończenie całej operacji.
W tej najczarniejszej godzinie podeszło do kierującego pracami Wikotra Zina dwóch zatrudnionych tam robotników z Półwsia Zwierzynieckiego:
- Panie profesorze, my zostaniemy na noc, pan nam zostawi dwie półlitrówki i na rano kamienia nie ma.
I nie było.
Gdy zszokowani luminiarze nauki pytali o mechanizm cudu, jego autorzy odpowiedzieli:
- Wkopaliśmy toto w ziemię.
Metoda ta wciąż jednak nie może przebić się do żadnego z podręczników inżynierii budownictwa, a to dlatego, że w sposób zbyt śmiały propaguje łamanie przepisów bezpieczeństwa i higieny pracy.


Już nigdy w Krakowie

Mieszkańcy stolicy z prawdziwą grozą przyjęli wiadomość, iż warszawiak z krwi i kości, posiadacz najpiękniejszego w Polsce "l" przedniojęzykowego, radiowy Gienek Matysiak, czyli Stefan Friedmann - urodził się pod Wawelem.
Popularny aktor tłumaczył się publicznie, iż wprawdzie przez zwykłą dziecięcą pustotę rzeczywiście uczynił to w Krakowie, ale przy ulicy Mazowieckiej.
Opinia publiczna stolicy została uspokojona. Stefan Friedmann musiał jednak złożyć solenną obietnicę, że to się więcej nie powtórzy.


Sposób w toalecie

Znany później warszawski twórca telewizyjny Ludomir Motylski, podjąwszy ryzyko podróży do kontrowersyjnego dla wielu Mazowszan Krakowa, przez cały dzień upajał się widokami po raz pierwszy w życiu widzianego miasta. Upojony, udał się do "Wierzynka", gdzie suto i smacznie podjadłszy, odwiedził toaletę.
- Jak tu u was w tym Krakowie ładnie - mówił, odczuwając nieodpartą potrzebę zwierzeń do babci klozetowej. - I zjeść można dobrze,i wszędzie blisko, i domy - niewiarygodne! - wszystkie całe! A u nas w Warszawie, to...
- Panie - przerwała mu babcia. - Bo my są ludzie spokojne.
Po powrocie do Warszawy Ludomir Motylski szeroko opowiadał na tamtejszych salonach o swej rozmowie w zaciszu krakowskiej toalety. Niestety, sposób żcia lansowany przez zatrudnioną tam babcię nie znalazł na Mazowszu większego uznania.


Praktyczny dziadunio

Szeregowy Kasper Poller, rodowity Bawarczyk, stał na warcie, kiedy w roku 1809 armia austriacka, wypłoszona przez wkraczające do Krakowa wojska księcia Józefa Poniatowskiego, wycofać się musiała za Wisłę, do dzisiejszego Podgórza. Młody szyldwach nie zabrał się ze swoimi, bo nikt nie odwołał go z posterunku. Wkrótce niedawni uciekinierzy powrócili do miasta i wojaka postawiono przed sądem. Oskarżonemu o dezercję z cesarskich oddziałów groziła kara śmierci. Wtedy to przed umundurowanym składem sędziowskim rezolutnie zauważył:
- Przecież to wy uciekliście, ja się stąd nie ruszałem.
Po latach dziadunio Poller, ogólnie szanowany właściciel hotelu przy ul. Szpitalnej, intensywnie namawiał wnuczęta, by nigdy zbyt nerwowo nie reagowały na podmuchy historii.



Szlachetny gest ambasadora

Legendę o strzale tatarskiej, dzięki której melodia hejnału Mariackiego tak nagle się urywa, wymyślił w 1928 r. amerykański dziennikarz i pisarz Eric P.Kelly. Sprytny jankes skojarzył nie dokończoną melodię z najazdem Tatarów w 1221 r. W siedem lat po wydaniu książki Kelly'ego Trębacz z Krakowa przewodniki po Krakowie pisały o tragicznej śmierci hejnalisty jako o "prastarej legendzie".
W roku 1994 ambasador USA w Polsce, Nicolas Rey, podczas konferencji prasowej w Krakowie na pytanie, czy Stany Zjednoczone poczuwają się do współodpowiedzialności za tragedię, jaka wydarzyła się w 1221 r. na wieży Mariackiej, odpowiedział twierdząco.
- Śpieszę jednak zapewnić - dodał ambasador - że gdyby obecnie pod Kraków zmierzały hordy ze Wschodu, mój rząd wiedziałby o tym wcześniej i natychmiast ostrzegł władze miasta i państwa.
Deklaracja ta spotkała się ze zrozumiałym aplauzem, tym bardziej że ambasador pytany, czego w rewanżu Waszyngton oczekiwałby od Krakowa - oświadczył, że niczego.


Ogniem i mieczem

W roku 1887 sławny krakowski lokal śniadankowy Antoniego Hawełki odwiedził opromieniony świeżym powodzeniem pierwszej części Trylogii Henryk Sienkiewicz. Gdy po obfitym posiłku mistrz wyciągnął cygaro, kierownik katedry germanistyki UJ, prof. Wilhelm Creizenach, podał mu na tacy ostrze do obcięcia czubka oraz zapałki, dodając do ukłonu słowa: - Proszę, panie Sienkiewicz, ogniem i mieczem!
- Czytał pan to, prawda? - sapnął zadowolony mistrz.
- Oczywiście, drogi panie, któż by nie czytał
O wojnie domowej Lukana. Piękne są opisy, jak to Cezar deliberuje nad zniszczeniem podbitego kraju "ogniem i mieczem". Sam się dziwię, że nikt z polskich literatów nie pożyczył sobie od Lukana tego tytułu...
Choć Henryk Sienkiewicz nieraz jeszcze odwiedził "Hawełkę", swe rozmowy z towarzyszami przy stoliku ograniczał wyłącznie do oceny podawanej mu maczanki lub flaków.


Lubił piwo

Straszliwe przerażenie ogarnęło spóźnionych przechodniów, gdy o 22.00 dnia 10 lipca 1912 r. zobaczyli ogień buszujący po szczycie wieży Mariackiej. Przybyli natychmiast strażacy podłączyli węże do hydrantu przy Floriańskiej i popędzili na hejnalicę. Niestety, ognia nie udało się ugasić do końca: różnica ciśnień spowodowała, iż węże rychło sparciały i wyschły...
Wtedy na czoło plutonu wystąpił oberszprycmajster Jan Obidowicz i "kierując się wrodzonym popędem typowego strażaka, z humorem człowieka obytego z niebezpieczeństwem, puścił na pogorzelisko w sposób równie skuteczny, jak i naturalny ten <<prąd wody>>, którym osobiście rozporządzał...I zaraz potem rozległ się dzwon bijący godzinę i trąbka zagrała jak co dnia - hejnał" - tak relacjonował król krakowskich reporterów, Stanisław Stwora.
Tego wieczoru wtajemniczeni odebrali go jako melodię ku czci producenta ulubionego przez oberszprycmajstra piwa.


Taka noga to śpiew Fogga

Rankiem 16 marca 1978 r. mieszkańców nowohuckiej Alei Róż i okolic obudziła detonacja: eksplodował ładunek wybuchowy, podłożony pod pomnik patrona pierwszego socjalistycznego państwa - Włodzimierza Iljicza Uljanowa Lenina. Pomnik nie wyleciał w powietrze, gdzyż ładunek umocowano w miejscu mało szkodliwym dla konstrukcji całości. Dlatego pierwszy meldunek milicyjny brzmiał skromnie: "Postać na pomniku ma uszkodzoną lewą przednią nogę".
Pouczony przez zwierzchnika autor notatki wrócił pod pomnik i z prawdziwą ulgą raz jeszcze skonstatował, iż ładunek rzeczywiście eksplodował pod wymienioną przezeń nogą.


Emaus mówi Reaganowi: raus!

Wprowadzenie (13 grudnia 1981 r.) stanu wojennego wywołało amerykańskie restrykcje gospodarcze wobec Polski. Były one zupełnym zaskoczeniem dla Krakowa - miasta, któremu USA tyle zawdzięczały i w którym przechowywany jest z pietyzmem pierwszy na świecie globus z nazwą Ameryki. Gniew na nuworyszowski Nowy Świat i jego prezydenta widoczny był m.in. na dziesiątkach plakatów i transparentów:

ULICA CEGIELNIANA
NIGDY NIE POPRZE REAGANA!
BOREK FAŁĘCKI MÓWI REAGANOWI: NIE!
ULICA EMAUS MÓWI REAGANOWI: RAUS!
REAGAN, RĘCE PRECZ
OD POLSKICH KURCZĄT!

Na prośbę Białego Domu społeczeństwo Krakowa, uwzględniwszy pogarszający się stan psychiczny prezydenta USA, nieco złagodziło formę protestu. Gdy mimo wszystko Ronald Reagan musiał ustąpić ze stanowiska - Kraków, chcąc wynagrodzić wyrządzone krzywdy, przyznał mu po latach swe honorowe obywatelstwo.



Z taką pewną niefrasobliwością

Krakowska Kronika TV zimą 1974 r. w korespondencji ze wschodnich rubieży Rzeczpospolitej doniosła: "W górzystych Bieszczadach pojawiły się wilki. Towarzyszyliśmy im z naszą kamerą, niestety, wilki, z wrodzoną sobie niefrasobliwością, przeszły granicę radziecką".
W wyniku alarmu, ogłoszonego natychmiast za wschodnią granicą, zatrzymano w ciągu dwu dób 11 wilków. Moskwa domagała się działań jeszcze bardziej energicznych, istniała bowiem uzasadniona obawa, iż "podobną niefrasobliwością mogą również wykazać inni Polacy".


Groził, że powyrzuca

Nakład "Głosu Narodu" w sezonie ogórkowym 1912 r. zaczął spadać, z czego przebywający u szwajcarskich wód właściciel pisma, p. Liban, był wyraźnie niezadowolony. Król krakowskich reporterów, red. Stanisław Stwora, odkrył więc na własną rękę, iż na granicy serbsko-austro-węgierskiej wybuchły niejakie zamieszki. Prasa wiedeńska natychmiast rzecz całą przedrukowała, dodając od siebie kilka trupów; prasa szwajcarska powiększyła bilans o kilkuset rannych i ostry ostrzał artyleryjski. Gdy p. Liban przeczytał te rewelacje, podające jako źródło jego gazetę, wysłał do Krakowa ultymatywny telegram:
NATYCHMIAST ZAWRZEĆ POKÓJ
BO NA MORDĘ POWYRZUCAM. LIBAN.
Dzięki stanowczości tej interwencji przez dwa lata, aż do zamachu w Sarajewie, na Bałkanach panował pokój.


Marks, Engel, Lenin i pszczoła


W połowie lat siedemdziesiątych zorganizowano na Podhalu Zgrupowanie Młodzieżowych Obozów Marksistowsko-Leninowskich. Mocą decyzji Komitetu Krakowskiego partii gościem emitowanej z Krzemionek "Kroniki TV" została komendantka zgrupowania, dziewczyna jak malowanie, każąca zwracać się do siebie "towarzyszko".
- Dzień dobry, towarzyszko komendantko - powitał ją w studiu prowadzący wywiad bezpartyjny red. Julian Rachwał.
- Dzień dobry, towarzyszu redaktorze. Cześć pracy!
- Co legło u podstaw obozów?
- U podstaw obozów legła wyrażana od Karpat aż do Bałtyku przez młodzież polską chęć studiowania myśli Marksa, Engelsa i Lenina oraz przekuwanie w stal idei wielkich przywódcó światowego proletariatu.
- A jak wyglądał dzień na waszych obozach?
- Po pobudce,odśpiewaniu Międzynarodówki i umyciu zębów młodzież brała udział w ćwiczeniach gimnastycznych, zorganizowanych na wzór sławnego radzieckiego obozu pionierskiego "Artek". Po śniadaniu były dyskusje w grupach na temat poszczególnych zagadnień marksizmu-leninizmu. W czasie obiadu słuchaliśmy pieśni rewolucyjnych, potem znowu były dyskusje, głównie na temat możliwości percepcji alternatyw ideologicznych przez osoby mniej wyrobione światopoglądowo. Dzień kończyła kolacja, ognisko, a przy nim tańce i pieśni o ciężkiej doli ludu w przeszłości.
- A co będzie teraz?
- Teraz, gdy zgasną już światła rewolucyjnych ognisk, młode towarzyszki i towarzysze wrócą do swoich kolektywów, niosąc wysoko pochodnię myśli genialnych myślicieli do swoich zakładów pracy, organizacji partyjnych i domów rodzinnych - wszędzie tam, gdzie trwa walka o przekładanie tak bliskich naszym sercom komunistycznych idei na język faktów.
- Dziękuję, towarzyszko komendantko.
- Dziękuję, towarzyszu redaktorze.
- Ale, pozwólcie, jeszcze jedno pytanie. Rachwał oblizał ślinę z emocji. - Wasze największe, osobiste przeżycie na tych marksistowsko-leninowskich obozach, coś, co tlić się będzie jeszcze długo pod powiekami i w sercu?...
Towarzyszka komendantka figlarnie pokręciła pupą.
- Usiadłam na pszczole...


Podejrzany tytuł

Przedwojenny dziennikarz koncernu IKC Antoni Wasilewski pytany w latach siedemdziesiątych, co go najbardziej zdziwiło po powrocie do kraju z londyńskiej emigracji, odpowiedział, że tytuł w "Echu Krakowa": PASIAKI ZWYCIĘŻAJĄ W OŚWIĘCIMIU.
Wiadomość o rozterkach mistrza dotarła do redaktor naczelnej "Echa" - Teresy Stanisławskiej. Po żmudnych ustaleniach mogła jednak zadzwonić do Wasilewskiego i z ulgą poinformować, iż Cracovia rzeczywiście wygrała na wyjeździe z Unią Oświęcim.


Dla zmniejszenia bólu

Bolesław Chrobry przebywając często w Krakowie bardzo lubił, gdy poddani stosowali się do jego zarządzeń, osobliwie, gdy dotyczyły chrześcijaństwa wprowadzonego przez jego śp. ojca. Szczególną uwagę mądry władca przywiązywał do przestrzegania postów i jeśli któryś z poddanych jadł mięso w piątek - wyłąmywano mu wszystkie zęby.
By jednak uczynić karę mniej dotkliwą, Bolesław nakazał katom informować każdą z ofiar, iż zęby psujące się od gryzienia mięsa w piątki i tak były dla nich stracone.


Nie był przy poczęciu

Do wieloletniego ordynatora Oddziału Ginekologiczno-Położniczego szpitala MSW przy ul. Galla, dr Romana Garlickiego, zgłosił się pewien pan z prośbą o zgodę na obecność przy porodzie żony.
- A dlaczego chce pan być przy tym porodzie?
- Bo nie byłem przy poczęciu...
Doktor Garlicki przystępnie wytłumaczył małżonkowi, co powinien robić, by przy następnym porodzie jego obecność była już zbyteczna.



Niestrawne kapsle

Ongiś zdjęcia legitymacyjne przytwierdzane były do dokumentów metalowymi nitami, tzw. kapslami.
W latach sześćdziesiątych ulubioną opowieścią dyrektora Krakowskiej Rozgłośni Polskiego Radia Józefa Łabuza było zatrzymanie go w 1947 r. przez uzbrojony oddział na Podhalu, gdzie umacniał władzę ludową.
- Wiecie, jak nam ten Ogień kazał zjadać legitymacje partyjne, to jeszcze było pół bidy, ale te kapsle!
Członkowie organizacji partyjnej przy Polskim Radiu złożyli odpowiednio umotywowany wniosek i wkrótce potem z prawdziwą ulgą powitali legitymacje ze zdjęciami przylepianymi klejem.


Niesłuszne obawy księgowego

Zarząd Salin wielickich, będących aż do 1918 r. osobistą własnością cesarzy Austro-Węgier, robił wszystko, by zasługiwać na miano kopalni Habsburgów.
W 1870 r. kopalnia zdecydowała się zakupić dla zatrudnianych przez siebie koni 1400 miar owsa, 700 cetnarów siana i 280 - słomy. Próbki pasz nadesłało dziesięciu oferentów reklamujących swój towar jako najwyższej jakości. Bojąc się, iż werdykt wyznaczony apetytami koni będzie nieobiektywny bądź też, że zostaną one przekupione - dyrekcja Salin wezwała jednego z zaufanych księgowych Komisji Licytacyjnej, polecając mu wybrać - w drodze degustacji - najlepszy owies, siano i słomę.
- Ależ, wielmożny panie dyrektorze, ja nie jestem koniem! - tłumaczył się księgowy.
- Tak wam się tylko wydaje - rzekł życzliwie dyrektor.
Zaufany księgowy wywiązał się z zadania tak znakomicie, iż odtąd polecono mu degustację kolejnych próbek pasz. Jego karierę przerwał dopiero donos do Wiednia, informujący cesarza o "szczególnych przywilejach niektórych pracowników Komisji Licytacyjnej, niegodnych kopalni Habsburgów".


Droga do Mogiły

Anno Domini 1590 za sprawą siostry Zygmunta III Wazy, księżniczki Anny, na stokach Wawelu zasadzono pierwsze w Polsce liście tytoniowe. Wystarczyło jednak 250 lat, by Kraków uświadomił sobie swoją winę i w czasach Rzeczpospolitej Krakowskiej wprowadził - również jako pierwszy - zakaz palenia cygar na ulicach.
By jednak jeszcze skuteczniej walczyć z tytoniowym nałogiem - największą w kraju wytwórnię papierosów wybudowano w latach pięćdziesiątych XX w. w Czyżynach, przy szosie do wsi Mogiła, równocześnie lansując slogan: PAMIĘTAJ, ŻE NAJKRÓTSZA DROGA DO MOGIŁY WIEDZIE PRZEZ CZYŻYNY!


Nie wiedział po co

Twórca "Przekrojowego" profesora Filutka, jedyny w świecie posiadacz zaszczytnego tytułu doktora humoris causa, Zbigniew Lengren, zapytany w swoje 82 urodziny, dlaczego nie chce bliżej zainteresować się polecaną mu przez przyjaciół pewną suto obsypaną złotem i brylantami właścicielką kilku świetnie prosperujących sklepów, odpowiedział po krótkim namyśle:
- To wspaniała kobieta. Jedno tylko u niej mi się nie podoba: ma stanowczo za długi życiorys.
Zaraz po wyrażeniu tej opinii twórca Filutka napisał wierszyk, który dedykował wszystkim osiemdziesięciolatkom:
Jeszcze za wami się oglądam
urocze, młode kobiety.
Gdy się odruchom dawnym poddam,
tylko oglądam, niestety.
Jeszcze mi piękne dziewczęta
we śnie jawicie się nocą,
tylko że ja już nie pamiętam
po co...



Zgubny nałóg

Pierwsze przedziały dla niepalących wprowadzono w wagonach galicyjskich kolei żelaznych w 1865 r. Ograniczyło to drastycznie liczbę przedziałów dla osób postępujących wprost przeciwnie. Dobrze sytuowane ofiary nałogu wynajmowały więc nierzadko cały pociąg kurierski, byle tylko móc się zaciągnąć dymem ulubionego cygara. Wynajęcie takiego pociągu kosztowało tyle, co 11 biletów pierwszej klasy na trasie Lwów-Kraków.
Stare, uczciwe krakowskie rodziny wysyłały swych synów na dworzec, by naocznie przekonali się, ile może kosztować zgubny nałóg palenia. Zwyczaj ten zachował się nawet wtedy, gdy galicyjska kolej obniżyła ceny biletów I klasy.


Szczegóły anatomii


Prof. Jan Józef Miodoński - wybitny otolaryngolog, jeden z pionierów chirurgii ucha środkowego, twórca przewodowej teorii słuchu, członek wielu krajowych i zagranicznych towarzystw naukowych - podczas którejś z okrągłych rocznic swojej działalności naukowej otrzymał od współpracowników wykonany w szczerym złocie odlew ucha. Mocno tym wzruszony zauważył:
- Jakże się cieszę, że nie jestem ginekologiem.
Od tej pory ginekolodzy, niezależnie od skali swoich osiągnięć, nie przejawiają większego zainteresowania obchodami własnych jubileuszy.



Niewdzięczny geniusz

Dnia 5 września 1790 r. w zajeździe prowadzonym przez Mariannę Lebonową w kamienicy Pod Jeleniem (dziś Rynek Główny 36) zameldował się na kilkudniowy pobyt Johann Wolfgang Goethe. Wizyta poety była podobno związana z tropieniem śladów doktora Fausta, który w XVI w. w tutejszej Akademii miał studiować alchemię.
W rozpoczętym zaraz po tej podróży
Fauście, pomnikowym dziele całej swojej twórczości, Goethe nie uznał jednak za stosowne wspomnieć o swym pobycie w Krakowie, który - o zgrozo! - nie zrobił na nim zresztą żadnego wrażenia.
Aby w przyszłości uniknąć podobnych upokorzeń, spowodowanych nieodgadnionymi tajemnicami dusz geniuszów słowa, na wszelki wypadek nie wpuszczono potem do Krakowa Adama Mickiewicza, któremu niektórzy lekkomyślni zamierzali powierzyć katedrę literatury na Uniwersytecie Jagiellońskim.



Wszystko wróciło do normy

Henryk Sienkiewicz po kolejnej wizycie w Krakowie, gdy już bliżej zaznajomił się z tym nietuzinkowym grodem, napisał, iż "warunki życia są tu wprost przednie. Mieszkańcy takiego miasta nie powinni umierać i jeśli to robią, to sądzę. że w części przez zamiłowanie do starych tradycji, a w części przez naśladowanie zagranicy".
Krakowianie, poruszeni osobliwie zarzutem ulegania zagranicznym modom, wzięli sobie głęboko do serca słowa autora
Trylogii i zaczęli konsekwentnie doprowadzać do bankructwa zakłady pogrzebowe. Dopiero gdy zrozpaczeni właściciele owych firm interweniowali u Sienkiewicza, ten zaś publicznie skorygował swoje opinie - wszystko zaczęło wracać do normy.



Wychodzi letki z cichej klozetki...


Władysław Jagiełło "po jedzeniu kładł się zwykle i oddawał spoczynkowi. Sypiał długo, a wstawszy z łóżka, szedł prosto do wychodka, gdzie długo także wysiadując, wiele czynności układał lub załatwiał, a nigdy nie był przystępniejszym i łatwiejszym, jak wtedy; przeto wszyscy korzystali zwykle z takiej pory dla wyjednania sobie tego, co im było pożądane".
Autor tych słów, Jan Długosz, dodaje jeszcze, iż na długość i częstotliwość pobytów monarchy w wychodku wielki wpływ miały gruszki, które Jagiełło pasjami lubił. Podpatrzone wtedy zjawisko, iż dostojnik wypróżniony jest znacznie bardziej przystępny i łaskawy niż dostojnik wprost przeciwnie, znane było dobrze następnym pokoleniom krakowskich dworzan, młodszych duchownych, urzędników magistrackich etc.
Do dziś w Krakowie utytułowanym gościom z Warszawy, niezależnie od pory roku, serwuje się na wety gruszki, zaś przed drzwiami toalety, którą zechcieli zaszczycić swoją osobą, nigdy nie jest pusto.


Wóz z Wielkopolski

Na początku XX w. pewien wielkopolski chłop, Michał Drzymała, któremu niemiecki zaborca odmawiał prawa do zbudowania własnego domu, przeprowadził się do wozu mieszkalnego, który rychlo stał się symbolem walki o "ziemię, skąd nasz ród". W 1910 r. wóz sprowadzono na obchody grunwaldzkie do Krakowa i ustawiono jako patriotyczną pamiątkę w Barbakanie.
Pozbawiony po raz kolejny dachu nad głową, Michał Drzymała zaczął wkrótce słać pod Wawel błagania o zwrot wozu. Kraków odmawiał, sugerując, by to raczej wielkopolski chłop przeniósł się do Krakowa, co zwiększy atrakcyjność wnętrza Barbakanu.
Drzymała jednak odrzucił ofertę na wiadomość, że będzie musiał płacić magistratowi za postój i pilnowanie swego pojazdu.



Nie u Żyda

Dnia 4 grudnia 1937 r. pewna oszalała niewiasta, członkini Stronnictwa Narodowego, w czasie zwiedzania wieży Mariackiej krzyknęła w południe do otwartego na bliski już hejnał mikrofonu: - Nie kupuj u Żyda!
Sąd starościński skazał oszalałą niewiastę jedynie na 5 zł grzywny, przyjmując sugestię adwokata, iż jego klientki nie można skazać za próbę dyskryminacji narodu żydowskiego, lecz jedynie za niedozwoloną, bo nieopłaconą reklamę radiową sklepów innych niż żydowskie.


Technika i sztuka

W sobotę 16 marca 1901 r. z Rynku Głównego przez Szewską i Karmelicką ku rogatce przy Parku Krakowskim ruszył pierwszy w historii miasta tramwaj elektryczny. Po dotarciu do końcowego przystanku prezydent Józef Friedlein zwrócił się do grona dostojnych osób biorących udział w tym niezapomnianym przejeździe:
- Zapraszam państwa na godzinę siódmą wieczorem do Teatru Miejskiego na część artystyczną tej uroczystości. Nasze wejście w świat najnowocześniejszej techniki i cywilizacji uświetnił pan Stanisław Wyspiański, który z tej okazji chce nam pokazać swoją sztukę zatytułowaną "Wesele".
Zaraz po premierze arcydramatu prezydent złożył gratulacje autorowi, wyrażając jednakże przy tym żal, że w żadnej ze scen nie wspomniał, choćby najbardziej oględnie, o uruchomionym właśnie tramwaju elektrycznym.


Wódz w klatce

W latach realnego socjalizmu, podczas któregoś z występów Piwnicy Pod Baranami w Warszawie, w zawieszonej nad fortepianem klatce umieszczono rozświetlone płomieniem świeczki popiersie Lenina. Obecny na przedstawieniu ambasador ZSRR złożył w związku z tym oficjalny protest w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Przesłuchiwany przez stosowne służby Piotr Skrzynecki tłumaczył, że programowi kabaretu patronował nie wódz światowego proletariatu, ale starożytny Konfucjusz.
Poinformowany o tym ambasador osobiście i uważnie obejrzał wszystkie 8974 Leniny znajdujące się na stanie placówki, polecając usunąć te, na których Włodzimierz Uljanow miał zbyt skośne oczy.



Mógł zepsuć ponownie

Trudne zadanie stanęło w lipcu 1651 r. przed sądem krakowskim. Nie ulegało wątpliwości, że przywódca powstania chłopskiego na Podhalu, Aleksander Kostka Napierski, zasłużył na karę śmierci; otwartą kwestią pozostawało jednak, w jaki sposób buntownik i polityczny intrygant ma dokonać żywota.
Kłócono się zaciekle.
W pewnym momencie przysłuchujący się dyskusji sędziów Kostka nie wytrzymał i ze strachu głośno zepsuł powietrze.
W tej sytuacji wyrok mógł być tylko jeden: pal!
Chociaż wybrane narzędzie kary dawało prawie całkowitą gwarancję, iż zbrodniarz nie popełni po raz drugi
faux pas - wszyscy obecni przy egzekucji na Krzemionkach trzymali się od miejsca kaźni w bezpiecznej odległości.



Służbowe rymy


Józef Dietl, pierwszy prezydent samorządnego Krakowa w latach galicyjskiej autonomii, profesor medycyny, w szczególnie ważnych dla siebie chwilach zwykł posługiwać się mową wiązaną. W czasach jego magistrackich rządów aż dwukrotnie (1866 i 1873) nawiedzała miasto epidemia cholery. Kierujący wówczas komisją sanitarną Dietl nadludzkim wysiłkiem godził obowiązki lekarza i administratora. Aby powstrzymać niekończący się spór petentów, którzy podczas załatwiania spraw służbowych nagminnie dopraszali się o bezpłatną poradę medyczną, przybił na drzwiach swojego gabinetu taki oto wierszyk:
Gdy załatwiasz się na twardo - nie myśl o chorobie,
Jeśli zaś na rzadko - wiedz, że już po tobie.
Nie ma bowiem leku przeciwko cholerze,
Całuj mnie więc w dupę - powiadam ci szczerze.

Czwarty wiersz funkcjonuje - osobliwie w kontaktach z kasami chorych - do dziś wśród lekarzy. Choć niekoniecznie każdy z nich od razu musi być prezydentem.


Podniesiony wskaźnik


Dnia 8 marca 1596 r., gdy król Zygmunt III Waza przeniósł się wraz z dworem z Krakowa do Warszawy - natychmiast w obu miastach podniósł się wskaźnik inteligencji.
Płaczącemu z niespodziewanego szczęścia burmistrzowi Warszawy wzruszony monarcha obiecał, że jeśli kiedy w przyszłości podobne proporcje zostaną zachwiane, to on lub jego następcy znowu kogoś z Krakowa na Mazowsze przeniosą bądź też spowodują, że przeniesie się sam.
Zrodzony z królewskiej łaski pod koniec XVI w. obyczaj i jego skutki trwają do dziś.


Nie wiedziała


W 1937 r. w czasie wiosennych derbów Cracovia-Wisła jeden z kibiców zaczął dusić własną żonę, gdy w 90 minucie meczu spytała go, którzy to nasi.
Sprawa przed Sądem Grodzkim ciągnęła się nierozstrzygnięta aż do wojny, gdyż skład orzekający miał identyczne problemy, co niedoszła ofiara.


Kariery zapisane w niebie


Bliski przyjaciel Karola Wojtyły, Juliusz Kydryński, opowiadał, jak w czasie okupacji wpadła im w ręce słynna "Przepowiednia tęgoborska" z tajemniczym proroctwem: Trzy rzeki świata dadzą trzy korony pomazańcowi z Krakowa /.../
- Ten pomazaniec to oczywiście ja - śmiał się Kydryński. - A ty, Lolek, co będziesz wtedy robił?
- Muszę się zastanowić - powiedział Karol. - Ale na pewno nie będę przeszkadzał ci w karierze.
Pan Bóg z uwagą wysłuchał tej rozmowy i zdecydował się nie ulegać sugestiom wyrażanym w niej przez późniejszego tłumacza literatur anglojęzycznych. Losami obu bohaterów dialogu pokierował zgodnie z najwyższą racją niebios.


Uczciwy długożytnik


W piątek 18 maja 1825 r. zmarł najstarszy obywatel Krakowa (a najprawdopodobniej i Polski), Piotr Librowski. Zwano go długożytnikiem, gdyż w chwili śmierci liczył 124 lata i 6 miesięcy. Liczby te mogą budzić wątpliwości, gdyż długożytnik, proszony na łożu śmierci przez biskupa Pawła Woronicza o potwierdzenie prawdy swych słów, odpowiedział z mocą:
- Jak Boga kocham!
Argument ten do dziś jest często przywoływany przez mieszczan krakowskich, osobliwie przy składaniu zeznań podatkowych.


Przestroga mistrza Jana

Podczas pokrywania polichromią ścian bazyliki Mariackiej w latach 1889 - 1891, Jan Matejko przyglądał się z bliska pracom swoich uczniów, malarzy. Kiedy stanął na rusztowaniu na wysokości 28 metrów, mocno zganił to, co zobaczył na gotyckich stropach.
- Fuszerujecie robotę. Ani kolor, ani rysunek tego ornamentu nie pokrywają się z moim projektem - żołądkował się artysta.
- Mistrzu, z dołu nikt tej różnicy nie widzi - tłumaczyli uczniowie.
- Ale Pan Bóg to widzi - odparł wzburzony Matejko.
Głęboko wstrząśnięci, malarze szeroko opowiadali potem po mieście, iż pracami Jana Matejki Pan Bóg interesuje się osobiście.


Kłopoty w trumnie


W latach trzydziestych XX w. otwarto znajdujący się w kościele śś. Piotra i Pawła grób kaznodziei Zygmunta II Wazy - księdza Piotra Skargi. Zmarły w 1612 r. sławny jezuita miał być beatyfikowany, niestety układ kości w trumnie wydawał się wskazywać, iż Skarga pochowany został w letargu, cierpiał w chwili śmierci okrutnie, ergo - mógł bluźnić Bogu. Takie domniemanie przekreślało jakiekolwiek szanse na beatyfikację.
- Jaki tam letarg! - wzruszył ramionami prymas Polski ks. kardynał August Hlond. - Po prostu w Krakowie trudno nie przewracać się w grobie...
Słowa prymasa spowodowały, że coraz mniej osób liczących na beatyfikację zaczęło wybierać Kraków na miejsce wiecznego spoczynku.



Utytułowany książę

Stanisław Lubomirski, potomek wywodzącego się z Małopolski jednego z najzamożniejszych rodów magnackich dawnej Rzeczypospolitej, po tułaczce w latach II wojny światowej osiadł wraz z rodzicami w Krakowie i po złożeniu matury usiłował dostać się na studia. Rok po roku z zadowalającym wynikiem składał egzaminy na historię sztuki, psychologię, języki obce, rozmaite kierunki humanistyczne. Na próżno.
Drzwi wyższych uczelni były przed nim szczelnie zamknięte. Zdesperowany tą sytuacją, napisał skargę do Bolesława Bieruta, w której poddał w wątpliwość wpisane do konstytucji zapewnienia o niespotykanej dotychczas w dziejach, a zaprowadzonej właśnie ludowej sprawiedliwości.
Wkrótce z Warszawy nadeszła odpowiedź: zezwala się na studia, ale w związku z zachodzącymi w kraju przemianami - jedynie na kierunku hutniczym.
Jak tylko szczęśliwy adresat ukończył studia na AGH i rozpoczął pracę zawodową, wysłał do wysokiego prorektora swoją pierwszą wizytówkę:
Mgr inż. Stanisław książę Lubomirski, ślusarz sieci ciepłowniczej Huty im. Lenina.
Zachwycony tą treścią, Bierut polecił natychmiast rozpropagować hasło:
Cały naród buduje Nową Hutę!

Nigdy w łóżku

Na początku lat pięćdziesiątych minister spraw wewnętrznych ZSRR Ławrentij Beria wygłosił przemówienie noworoczne, z którego wynikało niezbicie, że kończący się rok przyniósł krajom kapitalistycznym nędzę, głód i bezrobocie, zaś krajom socjalistycznym dobrobyt, radość i szczęście.
Przemówienie trafiło, oczywiście, na czołówkę "Dziennika Polskiego", zaś przysposabiał je do druku prowadzący numer redaktor Zygmunt Merta. O czwartej rano, po zakończeniu pracy, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku red. Merta udał się do domu, gdzie, nie mogąc zasnąć ponowił lekturę przemówienia Berii już w świeżym, przyniesionym z drukarni numerze "Dziennika". Gdy doszedł do akapitu, że rok ubiegły to w krajach kapitalistycznych dobrobyt, radość i szczęście, zaś w socjalistycznych wprost przeciwnie - przerwał lekturę, zadzwonił do oficera dyżurnego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego z informacją, że chochlik drukarski poprzestawiał akapity, zaś on Merta, już czeka.
- Możecie się nie martwić - odrzekł dziarski głos - już po was jedziemy.
W czasie trzymiesięcznych przekonywań, iż naprawdę nie zna adresu, telefonu, pseudonimów itp. obywatela Chochlika, red. Merta zaczynał każdy dzień w celi przysięgą, że już nigdy w łóżku nie będzie czytał własnego organu.



Interwencja katechety


W czasie ostrych mrozów przekupki na krakowskim Rynku wsuwały sobie pod obszerne spódnice piecyki, zwane koksiakami. Spod spódnic wydobywały się gęste kłęby dymu, a krakowskie andrusy wołały:
- Paniii!!! A po cóż wędzić to, co i bez tego dobre?
Dopiero wezwany katecheta w sposób przystępny wytłumaczył małym wisusom, że zmarzniętym przekupkom nie chodzi o poprawianie natury.


Co jeden, to nie dwa


Dnia 3 marca 1855 r. na krakowskich ulicach po raz pierwszy pojawiły się dorożki jednokonne, czyli po naszemu fiakry. Opinia publiczna przyjęła nowość entuzjastycznie Zgodnie podkreślano zdecydowaną przewagę tego typu pojazdu nad powszechnymi do tej pory zaprzęgami dwukonnymi:
- Niższa będzie cena najmu...
- Zaoszczędzi się na żywieniu zwierzęcia...
- Mniej będzie nieczystości na ulicach...
Mimo wyraźnych w ten sposób najlepszych intencji, te i tym podobne uwagi nie mogły jednak - niestety - niewzruszenie świadczyć o uznanej roztropności i wrodzonej odpowiedzialności krakowian. Przykład fiakrów jednokonnych przyszedł do nas bowiem z Wiednia i Berlina.



Udało się wynegocjować


Wśród 422 ulic, którym w Krakowie po roku 1945 zmieniono nazwy na bardziej aktualne politycznie, była ulica Potockiego. 8 października 1948 r. "Echo Krakowa" mylnie podało datę długo oczekiwanej uroczystości przemianowania jej nazwy na ul. Stalina. Przybyłe za późno na uroczystość rozgoryczone poczty sztandarowe żądały od władzx Krakowa gwarancji, iż Józef Wissarionowicz zostanie natychmiast osobiście poinformowany o przyczynie ich spóźnienia. Władze miasta optowały natomiast za utrzymaniem przed Stalinem jak najgłębszej tajemnicy.
W wyniku consensusu aresztowania ograniczyły się jedynie do redakcji "Echa Krakowa".



Lojalne konie

Na początku XX w. idee fixe naczelnika zawodowej straży pożarnej Feliksa Nowotnego stało się zastąpienie zaprzęgów konnych samochodami pożarniczymi. Pomysł napotykał jednak na poważne opory władz w Krakowie i Wiedniu. Argumentowano, iż strażacy muszą docierać na miejsce pożaru jak najszybciej, co w przypadku napędu spalinowego wcale nie było takie pewne.

Starania Nowotnego przyniosły skutek dopiero w październiku 1914 r., gdy komendant zwrócił władzom policyjnym uwagę, iż trwa wojna i w całych Austro-Węgrzech tylko konie mechaniczne, w przeciwieństwie do konwencjonalnych, dają absolutną gwarancję lojalności wobec Domu Panującego.



Trzy króle, cztery dupki


Namiętny karciarz, król Zygmunt I, nie lubił przegrywać. Na nieszczęście jego stali partnerzy, bracia Krzysztof i Mikołaj Szydłowieccy, również tego nie lubili. Pewnej wawelskiej nocy w grudniu 1509 r., gdy pula była bardzo wysoka, Zygmunt zgłosił swoje do niej prawo, wołając iż ma trzy króle.
- Widzę tylko dwa - uśmiechnął się ironicznie Krzysztof Szydłowiecki.
- Nie, trzy, ten trzeci to ja! - rzekł król, zagarniając pieniądze.
- Ależ, Najjaśniejszy Panie, to się nie godzi! - zawołał Mikołaj. - Mamy z bratem w kartach po dupku,
ergo jest nas czworo i wygrana nasza!
Król uznał słuszność tej argumentacji i wygraną zwrócił; od tej pory jednak nigdy nie zasiadał do kart w towarzystwie jakichkolwiek braci.



Extra Cracoviam non est vita (Poza Krakowem nie ma życia)

Piszą mi spod Wawelu - rzekł pewnego dnia 1787 r. Stanisław August Poniatowski do rektora Szkoły Głownej Koronnej (przekształconej później w UJ), Hugona Kołłątaja - żebym mieszkając w Warszawie, uważał na siebie, bo Extra Cracoviam non est vita. Co o tym myśleć?

- Najjaśniejszy Panie - rzekł Kołłątaj - Piastowie cenili sobie pobyt w Krakowie, ale już Ludwik Węgierski przebywał na stałe u siebie; Władysław III Warneńczyk siedział na Wawelu sześć lat, po czym w 1440 r,. objąwszy koronę węgierską, wyjechał z Krakowa na stałe. Jagiełło, Kazimierz Jagiellończyk i Jan Olbracht ku radości posłów i dyplomatów ruszali się poza Kraków stosunkowo rzadko; Aleksander Jagiellończyk jedną trzecią swych pięcioletnich rządów spędził na Litwie; Zygmunt I Stary wyjeżdżał z Krakowa około 30 razy, zawsze na krótko, ale i tak 50% kadencji zamiast na wawelskim tronie spędził w podróżach.
Zygmunt August przebywał nad Smoczą Jamą wyłącznie incydentalnie, w 1559 r. opuścił miasto i więcej się w Krakowie (w którym spędził około 15% panowania) nie pokazał. Henryk Walezy siedział na Wawelu od koronacji kamieniem cztery miesiące, po czym uciekł i z niego, i z Polski. Stefan Batory był w Krakowie wszystkiego cztery razy, spędzając w sumie nie więcej jak dwa lata. Zygmunt III Waza należał, o dziwo, do władców autentycznie - wydawałoby się - do Wawelu przywiązanych, dbał o zamek i - aż do roku 1609 - nie żałował pieniędzy na jego odbudowę.
Pozostali królowie bywali w Krakowie od przypadku do przypadku, głównie przy okazji ślubów, koronacji i pogrzebów. Ty, Najjaśniejszy Panie, nie byłeś w okolicach Sukiennic nigdy...
- A więc jednak poza Krakowem jest życie!
- Tylko pozornie. Wszyscy! Wszyscy królowie, którzy opuścili Wawel, umarli poza Krakowem, czyli jakby na wygnaniu...Podejrzewam, że z tęsknoty...Było to dla Rzeczpospolitej i miasta nieszczęściem podwójnym, bo zwłoki trzeba przywozić, a to kosztuje...
Dwa tygodnie po definitywnych przenosinach na Wawel, Stanisław August wezwał ponownie Kołłątaja i poinformował go, że jeśli w Krakowie jest życie, to wyłącznie pośmiertne i on, król, bez względu na konsekwencje wraca do Warszawy.


Powrót do treści | Wróć do menu głównego